Zastanawiałem się jakim tematem zapoczątkować aktywność dla tej strefy tematycznej strony Zrodlo-Mocy.pl i mocno przyciągnęło mnie pytanie będące tytułem tego wpisu. Pytanie to pojawia się znacznie częściej niż mogłoby się wydawać, choć rzadko bywa wypowiadane głośno. Jak gdyby samo jego zadanie było czymś niewłaściwym, niemal tabu w środowiskach rozwojowych. A przecież dla bardzo wielu osób jest to doświadczenie bardzo realne choć przy tym intymne i nierzadko bolesne. Rzecz w tym, iż wchodząc na ścieżkę rozwoju duchowego, często niesiemy w sobie ogromną, niemal dziecięcą nadzieję. Nadzieję na natychmiastowe ukojenie, na trwały wewnętrzny spokój, na poczucie sensu, które zneutralizuje ciężar codziennych zmagań, strat, lęków i napięć. I przez pewien czas rzeczywiście tak się dzieje. No właśnie, tylko przez pewien czas.
Początek zazwyczaj bywa intensywny, jasny, pełen entuzjazmu. Nowe praktyki, medytacje, refleksje, książki, nagrania czy inspirujące rozmowy potrafią przynieść prawdziwą ulgę. Odczuwa się wtedy, jakby ktoś wreszcie podał nam brakujący element układanki. Jakbyśmy niemal odkryli sekretny kod do rzeczywistości i do samych siebie. Ten etap bywa wręcz euforyczny i często określany jest tak bardziej nieformalnie jako miesiąc miodowy z duchowością. Wszystko wtedy zdaje się mieć sens, napięcie opada, a trudne emocje jakby tracą na sile.
Jednak prędzej czy później, niemal nieuchronnie u części osób pojawia się moment zaskoczenia, a czasem nawet gorzkiego rozczarowania. To, co wcześniej działało jak kojący kompres, lekarstwo, przestaje przynosić ulgę. Medytacja już tak nie uspokaja lub w ogóle jest ją problem praktykować, nawet mantra czy afirmacja zaczyna irytować, a zapach kadzidła zamiast relaksować, wywołuje napięcie lub wręcz fizyczny dyskomfort, że przestaje zmysłowo pachnieć wręcz śmierdzi. Zamiast stanu „zen” pojawia się dodatkowe zmęczenie, zniecierpliwienie, a nawet poczucie winy, że coś jest ze mną chyba nie tak… Wtedy pojawia się też pytanie: co dalej?

Przede wszystkim warto bardzo wyraźnie i uczciwie powiedzieć sobie jedno, taki moment, stan reakcji, przeżywania nie jest Twoją porażką. Nie jest też dowodem na to, że robisz coś źle, że spadła Tobie wibracja albo że straciłeś – straciłaś dostęp do jakiejś duchowej prawdy czy innej przestrzeni. Wszystko jest ok a nawet lepiej. Jest to bowiem naturalny wręcz potrzebny etap dojrzewania wewnętrznego na ścieżce rozwoju. Jest dotknięciem Prawdy. Duchowość, podobnie jak życie samo w sobie, nie rozwija się w sposób linearny. Nie jest prostą drogą prowadzącą od problemów do nieprzerwanego spokoju i permanentnego poczucia szczęścia choć niestety w świecie ezoteryki nie brakuje ludzi oferujących iluzje rozwiązań na skróty w atrakcyjnej, promocyjnej cenie. Jeśli przez pewien czas duchowość pełniła dla Ciebie głównie funkcję środka przeciwbólowego, to być może spełniła już swoją pierwszą, ratunkową rolę. Teraz nadszedł czas na oczyszczenie z zafałszowań.
To, co wówczas pojawia się, brak ulgi, dyskomfort czy wewnętrzne tarcie bywa zaproszeniem do czegoś znacznie głębszego i przede wszystkim bardziej autentycznego. Rozwój duchowy nie polega przecież wyłącznie na kolekcjonowaniu pojęć, teorii czy wiedzy o energiach. Jego istotą jest stopniowa dekonstrukcja tego, kim myśleliśmy, że jesteśmy oraz konfrontacja z tym, co dotąd było omijane.
Dlaczego tak się dzieje? Bo bardzo często duchowość przestaje dawać ulgę w momencie, gdy zaczyna dotykać nagiej prawdy, a nie tylko łagodzić objawy przeciążenia codziennością. Owszem, na początku działa jak plaster na wewnętrzne rany. Pomaga złapać oddech, zmniejszyć napięcie, odnaleźć sens w chaosie. Z czasem jednak zaczyna odsłaniać to, co zostało zepchnięte w cień, w pozorną niepamięć. Niewyrażone emocje, stare urazy, traumy, zmęczenie ciągłym dopasowywaniem się do cudzych oczekiwań, trudne relacje, pytania o kierunek życia, na które nie ma prostych odpowiedzi ani w książkach, ani w nagraniach wideo… Znasz to, prawda?

Wtedy pojawia się pokusa, aby uznać, że duchowość przestała działać i rozpocząć poszukiwania kolejnej metody, kolejnego „guru”, instruktora czy nowej koncepcji, która znów da szybkie ukojenie i wszystko co niechciane zakryje. Tymczasem bardzo często duchowość po prostu zmienia swój charakter. Z roli pocieszycielki przechodzi w rolę coraz konkretniejszego lustra. A lustro nie zawsze pokazuje to, co chcielibyśmy w nim zobaczyć. Często nie potrafimy zaakceptować siebie takimi jakimi jesteśmy na zewnątrz w takim a nie innym wyglądzie a co dopiero, kiedy zaczynamy dostrzegać to co skrywają zepchnięte w mrok zakamarki naszego wnętrza.
Warto w tym miejscu przyjrzeć się jeszcze jednemu rzeczy a raczej zjawisku, które bywa trudne do zaakceptowania, czyli unikaniu realnych problemów poprzez duchowość. Zdarza się, że medytacja, afirmacje czy w różnej formie praktykowane rozważania o strukturze wszechświata stają się sposobem na nieodczuwanie złości, smutku, lęku czy bezradności. Łatwiej bywa analizować globalne procesy, teorie alternatywne czy energetyczne koncepcje niż skonfrontować się z realnie istniejącym chaosem w codziennym życiu, konfliktem w relacji czy własnym przemęczeniem. Gdy jednak życie zaczyna domagać się autentycznego przeżywania, a nie tylko wyciszania, dotychczasowe praktyki tracą swoją kojącą funkcję. Nie dlatego, że są złe lub niewłaściwe, lecz dlatego, że przestają wystarczać. Na tym etapie pojawia się wtedy potrzeba integracji cienia a nie wyłącznie skupiania się na świetle. Ulga ustępuje miejsca konfrontacji i to bywa doświadczeniem bardzo dla wielu wówczas niewygodnym, czasem wręcz bolesnym na poziomie emocjonalnym jak i fizycznym.
W takich momentach ogromnie ważne staje się odpuszczenie istniejącej presji, by ciągle być w rozwoju, by nieustannie się wznosić i utrzymywać wysoki poziom energii, właściwie wibrować. Prawda jest taka, że duchowość nie polega na stałym dobrym samopoczuciu ani na uśmiechu przyklejonym do twarzy. Jest raczej zdolnością do bycia w szczerym, autentycznym kontakcie z tym, co aktualnie jest prawdziwe. Jeśli prawdą jest zmęczenie, pustka, złość czy nawet zagubienie i bezradność to właśnie one stają się przestrzenią dla uważności. To jest realna praktyka, choć często zupełnie nieprzypominająca tej, jaką sobie wyobrażaliśmy od samego początku. Zagłuszanie tych stanów wzniosłymi hasłami o miłości i światełku Źródła może prowadzić do jeszcze większego napięcia i wewnętrznego rozdźwięku. Czasem duchowość przestaje dawać ulgę, bo zamienia się po prostu w kolejny obowiązek, w coś, co trzeba robić a nie pragnie się w tym i z tym być. Medytacja wykonywana mechanicznie, refleksja z poczucia powinności, automatyzm, praktyki bez żywego kontaktu z sobą mogą właśnie niezwykle skutecznie prowadzić do specyficznego rodzaju wypalenia.

To właśnie dlatego warto wtedy zatrzymać się i zrobić świadomie krok wstecz. Zapytać siebie bardzo prosto: czego tak naprawdę teraz potrzebuję? Być może mniej duchowych koncepcji, a więcej zwykłej obecności w codzienności. Być może rozmowy z kimś zaufanym zamiast kolejnej książki o świetlistym oświeceniu. Czasem największym aktem duchowej uczciwości jest przyznanie: nie wiem oraz nie mam teraz siły… Taka kapitulacja „ego” bywa początkiem głębokiej, potrzebnej i kojącej finalnie zmiany.
Nie można też zapominać, że duchowość nie zastępuje ciała ani psychiki. Na przykład, gdy ulga znika, bywa to sygnał, że potrzebne są równolegle bardzo konkretne, przyziemne działania takie jak odpoczynek, sen, zmiana nawyków, terapia, rozmowa ze specjalistą a nawet postawienie granic. Uziemienie jako powrót do kontaktu z ciałem i rzeczywistością nie jest zaprzeczeniem duchowości, lecz jej dopełnieniem. Ważne jest również, by nie porównywać swojego procesu z innymi. Media społecznościowe i inne pokazują jedynie wycinek czyjejś drogi, często wygładzony i uproszczony. Tymczasem momenty bez ulgi, te ciemniejsze etapy, bardzo często prowadzą do najgłębszych i najbardziej trwałych zmian, które nie dokonują się na stosowaniu „gotowców” marketingowo oplecionych obietnicami i do kupienia za kilka stówek… Naturalna, osobista, autonomiczna a zarazem konfrontacyjna transformacja własnej głębi obdarta z tych różnych iluzji otwiera dopiero odpowiednie drzwi. To właśnie wtedy duchowość przestaje być teorią lub ucieczką, a zaczyna stawać się żywym, prawdziwym doświadczeniem.
Jeśli duchowość nie daje już ukojenia, nie musi to oznaczać końca drogi. Może to być moment i przeważnie jest jej dojrzewaniem w Tobie. Czas integracji tego, co duchowe z tym co ludzkie i codzienne. Czas uczenia się bycia ze sobą bez potrzeby natychmiastowej poprawy nastroju. Czas akceptacji siebie takim jakim jestem, jaką jestem… Paradoksalnie właśnie wtedy, gdy znika szybka ulga, pojawia się szansa na coś znacznie trwalszego, na wewnętrzną uczciwość, stabilność i zgodę do bycia sobą tu i teraz. Bez iluzji. Bez fałszywych obietnic…
Gdy duchowość przestaje dawać ulgę, nie oznacza to, że zbłądziłeś/aś lecz że skończył się etap ucieczki i zaczyna się prawdziwe spotkanie z sobą.

